25 maja 2020

Jariland

Znalezione w necie

„Nie lubię poniedziałku”: komedia z głowy

Kiedy Tadeusz Chmielewski był w szkole filmowej, Antoni Bohdziewicz, znany reżyser i wykładowca, kazał mu spisywać wymyślone gagi; twierdził, że mogą mu się przydać, gdy będzie kiedyś planował nakręcić komedię. Bo tak też właśnie postrzega się „Nie lubię poniedziałku” Chmielewskiego – jako zbiór gagów, skeczy; fabuła, dość luźna i mało spójna, służy raczej nakreśleniu pewnego zjawiska, stworzeniu portretu Warszawy i jej mieszkańców; jak twierdzą niektórzy, to wręcz wyznanie miłosne skierowane do stolicy. Tytuł nawiązywał do westchnięcia, jakim „zaczynano nowy dzień pracy po niedzielnym przepiciu”. Film swoją premierę miał czterdzieści pięć lat temu.

Komedia z głowy

Reżyser zresztą nigdy nie krył, że „Nie lubię poniedziałku” było w zasadzie dziełem przypadku, i twierdził, że sam proces powstania filmu to materiał na kolejną komedię. „Szczęśliwy, że skończyłem »II wojnę«, zabrałem się do prac domowych, które czekały na mnie od dwóch lat, gdy kierownik zespołu Kadr Jerzy Kawalerowicz dzwoni, że jutro wszyscy reżyserzy mają być przedstawieni nowemu szefowi kinematografii, Czesławowi Wiśniewskiemu – wspominał w wywiadzie dla »Przekroju«. – Zbaraniałem, gdy na koniec tej prezentacji zapytał mnie, nad czym obecnie pracuję. W głowie miałem kompletną pustkę i tylko surowa twarz Jerzego zmusiła mnie do nadrabiania miną: »Myślę o zrobieniu jakby książki telefonicznej. W filmie występowałoby tyle postaci, ile zmieści się w pełnym metrażu«. »To ma być komedia?«, spytał minister. »Raczej tak, ale takiego scenariusza nikt mi zatwierdzi. Zbyt wiele polega tu na improwizacji«”. Ku swojemu zdziwieniu, następnego dnia otrzymał telefon, że minister jednak scenariusz zatwierdził i można się przygotowywać do kręcenia. Chmielewski wpadł w popłoch, bo nie tylko nie miał napisanego nawet jednego słowa, ale też nie wiedział, o czym właściwie miałby być jego film. „Znów więc powstał stwór z niczego, czyli z pustej głowy, wielu nieprzespanych nocy i strachu o końcowy rezultat”, kwitował.

Głównym bohaterem zostało w sumie samo miasto – Chmielewski pokazał je tak udatnie, że nagrodzono go za to Złotą Odznaką Honorową „Za zasługi dla Warszawy”. I choć nie pochodził ze stolicy, spędził w niej kilkadziesiąt lat; zapewniał, że właśnie tam czuje się jak u siebie. Dlatego też tak pieczołowicie zadbał o przedstawione realia. „W »Nie lubię poniedziałku« jest mnóstwo warszawskich pejzaży, dziś już o wartości dokumentalnej”, mówił w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim. I dodawał: „Wiedziałem, że komedia, aby była zabawna, musi w warstwie fabularnej być realistyczna, a nie abstrakcyjna; musi odwoływać się do rzeczywistości znanej widzowi”.

"Nie lubię poniedziałku"
„Nie lubię poniedziałku” Foto: filmpolski.pl

Kultowy poniedziałek

Chmielewskiemu, jak zwykle, udało się zainteresować swoim projektem szereg znanych aktorów, między innymi Bogusza Bilewskiego, Wacława Kowalskiego, Mieczysława Czechowicza, Kazimierza Witkiewicza, Halinę Kowalską, Jerzego Turka czy Bohdana Łazukę. Ten ostatni twierdził, że rola, którą zagrał w „Nie lubię poniedziałku” – scena, kiedy idzie wzdłuż torów tramwajowych – ciągnęła się potem za nim przez długie lata. „Tadzio Chmielewski to wymyślił, świetny facet, grzeczny i skromny. Zwrócił się do mnie przez Bareję, z którym studiował, że niby byłem wtedy na topie i że bał się, żebym się nie obraził. Myślę sobie: cholera, będę grał w filmie podciętego. Ale nic. Zgodziłem się – wspominał w »Gazecie Wyborczej«. – Tę korbę, z którą tam idę, to wciąż mam. Mam nawet dwie, bo drugą dostałem w Krakowie. Trzecia wisi w »Teleexpressie« jako »korba Łazuki«. Zaczęliśmy zdjęcia z krótszą korbą, ale nie pasowała operatorowi Mieczysławowi Jahodzie, bo musiałem się bardzo schylać. I wtedy dostaliśmy dłuższą, od tramwajarza. Miałem w tym filmie samochód Triumph Spitfire. Należał do aktora Witka Dębickiego. Za jego wynajem dostawał dziennie więcej, niż wynosiła aktorska dniówka”.

Mimo upływu czasu „Nie lubię poniedziałku” wcale się nie zestarzało i do dziś cieszy się mianem komedii kultowej. O jego niesłabnącej popularności świadczy fakt, że zrekonstruowaną cyfrowo wersję pokazano na 40. Festiwalu Filmowym w Gdyni. „Kto będzie mógł zobaczyć film, ten się przekona, że on nadal niezwykle bawi. To jedna z najlepszych komedii o Warszawie, ale to też niezwykle ciepły i kochający stolicę obraz”, mówił w radiowej Trójce Grzegorz Molewski, ekspert zajmujący się cyfryzacją polskiego kina.

"Nie lubię poniedziałku"
„Nie lubię poniedziałku” Foto: filmpolski.pl

Mroczna strona poniedziałku

Ale jest też bardziej mroczna strona „Nie lubię poniedziałku”. Mitchell Kowal, amerykański aktor polskiego pochodzenia, który wcielił się w Mroza (wcześniej wystąpił między innymi w „Jadą goście jadą…”, „Dzięcioł” i amerykańskich „Violated” czy „The Big Bluff”), nie doczekał premiery filmu. Trzy miesiące wcześniej 56-latek zginął tragicznie w katastrofie kolejowej w Fürnitz w Austrii.

Rok po premierze, w czerwcu 1972 roku, odszedł kolejny aktor filmu, Andrzej Nardelli, nazywany jednym z najbardziej obiecujących artystów młodego pokolenia, który rzucił krytykę na kolana w „Kordianie” w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. A przecież początkowo nikt nie wróżył mu powodzenia. „Miał dużo zębów, był nadwrażliwy, nadruchliwy, o bardzo dziwnym ruchu, jakichś wygiętych do tyłu plecach. Wszyscy bardzo go lubili, bo był przewspaniałym kolegą, ale tak zawodowo nikt nie rokował mu większych nadziei”, twierdził Maciej Englert. Nardelli szybko jednak udowodnił, że postawiono na nim krzyżyk zbyt wcześnie. Przez całe życie zmagał się ze złośliwymi komentarzami, jakie koledzy rzucali na temat jego wyglądu (był delikatny, o chłopięcej urodzie, wręcz eteryczny, „wrażliwy i kruchy”; to zrodziło plotki, że ma skłonności homoseksualne. „To był chłopiec we mgle. Gibki, lekki, cały płynął”, mówiła jego przyjaciółka, Magda Umer) i próbował udowodnić, że naprawdę posiada ogromny talent. I choć nie lubił siebie na ekranie – uważał, że przed kamerami popełnia wiele błędów – dał się namówić Chmielewskiemu na udział w „Nie lubię poniedziałku”. Później zagrał jeszcze tylko w „Szklanej kuli”; jego świetnie zapowiadającą się karierę przerwał tragiczny wypadek. Aktor pojechał do stryja, do Orzechówka nad Narwią. „Mieliśmy się spotkać w poniedziałek”, wspominała Magda Umer na łamach „Gazety Wyborczej”. Do spotkania jednak nie doszło. Nardelli, po skończonej pracy, poszedł się wykąpać w rzece. „Otworzyli jakąś śluzę. Zawsze wcześniej alarmowali, że będzie wielka woda. Zdzisław mówił, że nie słyszał żadnych trąb”, wspominała matka aktora. Dwudziestopięcioletni chłopak utonął, porwany przez falę, w niedzielę, 11 czerwca.

Źródło: Sonia Miniewicz